Myśleliśmy, że po wielkiej zarazie natura odetchnie i odzyska siły. Okazuje się, że drastyczne wyludnienie Europy w XIV wieku przyniosło zupełnie nieoczekiwany skutek – zamiast bujniejszego odrodzenia, europejska przyroda straciła zaskakująco wiele gatunków roślin. Dlaczego tak się stało i co to mówi o naszej relacji z naturą?
Po zarazie przyszedł ubytek, nie rozkwit
Przez wieki panowało przekonanie, że upadek cywilizacji spowodowany Czarną Śmiercią – pandemią, która w latach 1347-1353 pochłonęła życie niemal połowy mieszkańców Europy – był błogosławieństwem dla dzikiej przyrody. Logika była prosta: mniej ludzi to mniej działalności gospodarczej i więcej miejsca dla natury. Myśleliśmy, że to naturalny przykład „rewildingu”, czyli powrotu dzikości na opuszczone tereny.
Niespodziewane odkrycie płynące z pyłków
Nowe badania, analizujące historyczne dane o pyłkach roślin, wywracają ten pogląd do góry nogami. Okazuje się, że po ustąpieniu zarazy, zamiast rozkwitnąć, europejska flora doświadczyła znaczącego spadku różnorodności gatunkowej. Ten ubytek utrzymywał się przez około 150 lat po pandemii.
Badania, opublikowane w prestiżowym czasopiśmie „Ecology Letters”, sugerują, że za ten paradoksalny stan rzeczy odpowiada przerwanie tradycyjnych praktyk zarządzania krajobrazem, które były ściśle związane z działalnością człowieka.
Człowiek jako czynnik stabilizujący bioróżnorodność?
Ten wynik rzuca nowe światło na rolę, jaką człowiek odgrywa w kształtowaniu ekosystemów. Okazuje się, że wiele gatunków roślin, które dziś uznajemy za kluczowe dla europejskiej przyrody, tak naprawdę potrzebuje obecności człowieka.
- Rolnictwo: Systematyczne uprawianie ziemi utrzymuje specyficzne warunki siedliskowe dla wielu roślin.
- Wypas zwierząt: Umiarkowany wypas zapobiega nadmiernemu zarośnięciu terenów i sprzyja różnorodności niższych roślin.
- Wycinka i karczowanie: Tradycyjne działania związane z pozyskiwaniem drewna i tworzeniem przestrzeni otwartych tworzyły mozaikę siedlisk.
Dziś ruchy promujące „rewilding” często dążą do całkowitego wycofania człowieka z przyrody. Najnowsze odkrycia sugerują, że takie podejście może być zbyt radykalne i nie zawsze prowadzi do największej różnorodności.
Archipelag ludzkiej obecności na łonie natury
„Nasze badanie pokazuje bardziej złożoną więź między człowiekiem a naturą,” stwierdza jeden z autorów, profesor Chris Thomas. „Bioróżnorodność i wykorzystanie ziemi przez ludzi nie muszą stać w sprzeczności – często są ze sobą powiązane.”
Naukowcy postulują tzw. „patchwork approach” – podejście zakładające tworzenie krajobrazów, w których różne typy środowisk – pola, lasy, łąki, pastwiska – koegzystują ze sobą. Takie zrównoważone modele, gdzie człowiek nie dominuje, ale w sposób inteligentny zarządza przestrzenią, są kluczem do zachowania bogactwa przyrody.
Przykładem takich harmonijnych rozwiązań są tradycyjne agrolasy Portugalii i Hiszpanii (dehesas i montados), górskie hale alpejskie czy węgierskie tradycyjne gospodarstwa typu „tanya”. Stosowanie ich w praktyce może pomóc znaleźć złoty środek między potrzebami człowieka a ochroną środowiska.
Czy uważasz, że całkowite wycofanie się człowieka z przyrody zawsze prowadzi do jej lepszego stanu? Podziel się swoją opinią w komentarzach!








